Doświadczenia i spostrzeżenia

21 czerwca 2015

Kilkuletni związek z refleksologią pozwolił mi na zebranie spostrzeżeń i doświadczeń, którymi chciałabym się z Wami podzielić. Są to sprawy mające niewątpliwy wpływ na efektywność działania, a co za tym idzie lepszego zdrowia i zadowolenia pacjenta.

Podzieliłam to na cztery hasłowe zagadnienia:

  • Przygotowanie
  • Zablokowanie
  • Ból – krótko
  • Inne terapie

1. Wszyscy żyjemy w konkretnych warunkach, układach, zależnościach i nie zawsze wszystko przebiega tak jak byśmy sobie tego życzyli. Zbiera się w nas smutek, żal, złość, gniew i tym podobne negatywne uczucia. Nie wszyscy dbają o to, aby się od tych emocji uwolnić.

I tak z całym tym balastem podchodzimy do pacjenta. A człowiek nie jest tylko i wyłącznie ciałem. W trakcie zabiegu następuje – niezależnie od tego czy się to nam podoba czy nie – wymiana energetyczna. Po zabiegu myjemy ręce, czasem trzeba wziąć prysznic – to refleksolog. A pacjent?

On nie ma świadomości, że oprócz dobroczynnego zabiegu na stopach obarczony został częścią negatywnych emocji refleksologa, najczęściej tymi, które współgrają z jego negatywnym balastem.
Stąd wydaje mi się ważnym aby nie zbierać i składać własnych doświadczeń. Należy racjonalizować, wybaczać sobie i innym ludziom i przechodzić do „słonecznej strony życia” a do pacjenta podchodzić bez własnego obciążenia i w trakcie zabiegu nie rozwiązywać – nawet myślowo – własnych problemów.

Czy taka postawa jest łatwa i prosta do realizacji ? Tego nie twierdzę – jest to proces indywidualny, ale procentuje lepszym zdrowiem i łatwiejszym życiem.

2. Zablokowanie

To o czym chcę powiedzieć zaobserwować można u pacjentów „długoterminowych”. Tak się składa, ze trafiają do mnie przede wszystkim osoby starsze i ich to głównie dotyczy, choć oczywiście regułą nie jest.

Pracuję na stopach, powoli osiągam efekty, bólu ubywa, pacjent ma lepsze samopoczucie, ale również świadomość, że jeszcze potrzebuje – jest zdeterminowany bo tak naprawdę to jedyna od lat kuracja, która przynosi mu odczuwalną ulgę i budzi nadzieję na lepszą, sprawniejszą, zdrowszą przyszłość. I co?

Nagle coś się zablokowuje, nie można iść dalej bo mimo prowadzonych zabiegów efekty są nijakie. Czuję, że moja praca nie przekłada się na oczekiwania. Odgradza mnie jakiś „mur”.

I co dalej? spytała mnie młodsza koleżanka. A jak wygląda pacjentka? No cóż – dłonie zaciśnięte w pięści, usta zasznurowane, niby rozluźniona, nie spięta ale… Jest jakieś ale.

Zazwyczaj pacjentki rozmawiają, coś tam opowiadają. I taka właśnie pacjentka naprowadziła mnie na trop. W rozmowach pojawiało – właściwie bez uzasadnionej przyczyny – rodzeństwo, z którym kontaktów nie utrzymywała (prócz jednej siostry). Wreszcie zwróciłam na to uwagę i … otworzyłam puszkę Pandory. Od dzieciństwa i wczesnej młodości do teraz – pani ma ok.70 lat – żyła w ogromnym poczuciu krzywdy, żalu, bólu i złości na wszystko co ja w tamtym okresie spotkało. I tych ran nie uleczył ani czas, ani udane życie, ani wygrany proces sądowy. Mimo, że wyprowadziła się z rodzinnego domu na drugi koniec Polski, ciągle myślami wracała do tamtego okresu i „taplała się” w tym swoim bagienku.

Uświadomiłam tej pani, że jeśli rzeczywiście chce poczuć się lepiej musi w jakiś sposób zracjonalizować tamte sprawy i wybaczyć swoim siostrom. Nie zobowiązuje to jej do odnawiania relacji – do tego potrzebne są chęci z obu stron. Ale sprawy, które ją tak bardzo bolą miały miejsce tyle lat temu i na pewno nie bolą osób, które ją krzywdziły, bolą tylko ją.

Więc pytam po co się w tym babrać i wciąż rozgrzebywać? Czy nie lepiej uznać, że było to doświadczenie przez które musiała przejść, odpuścić i rozprawić się z tym raz na zawsze? Troszkę to trwało, powoli puszczały zapieczone bóle, widoczne to było również w ilości i jakości bólu w stopach. Ale zdarzyło się, że w odwiedziny przyjechała młodsza siostra. Przyszły na zabieg obie. A ja prawie z przerażeniem stwierdziłam, że mija pacjentka gładko weszła w starą rolę rodzinnego popychadła.

Nie komentowałam, ale zadzwoniłam i upewniwszy się, że może swobodnie rozmawiać zadałam pytanie: dlaczego pozwala pani tak się traktować? Proszę z boku i bez emocji przyjrzeć się wasze wzajemnej relacji. Na kolejny zabieg przyszła sama ogromnie dumna z siebie: postawiłam się, ale dodaje: gdyby nie pani nigdy bym się na to nie zdobyła.

Inny przykład. Pan po 70-tce. Trzy lata temu miał udar mózgu. Stopy suche, wilgotnieją w czasie zabiegu. Pozostałości po udarze utrudniają mu codzienność, a chciałby utrzymać sprawność fizyczną jak najdłużej. Pan jest spięty i napięty, a kiedy zwracam na to uwagę mówi, że w domu też się na tym łapie i właściwie nie wie dlaczego. W stopach jest dużo bólu, przede wszystkim w palcach i układzie pokarmowym. Pan o umyśle ścisłym, technicznym. Zdaję sobie sprawę, że jeśli cokolwiek ma do niego trafić musi to być konkretne.

Na początek tłumaczę na czym polega zabieg i już w trakcie pytam czy chętnie zmienia coś w swoim życiu. Obok siedzi małżonka i kręci przecząco głową. Ale pan podejmuje temat sam i mówi, że przez całe życie właściwie unikał zmian jeśli tylko mógł. Dlaczego? Poczucie bycia gorszym ( z małego miasteczka) i jakiś bliżej nieokreślony strach z dzieciństwa. Opowiada o sobie chętnie ale jednocześnie jego ciało się napina. Z tym panem czeka mnie jeszcze sporo pracy i na stopach i w rozmowach.

Kolejny przykład to kobieta, lat 28. Jeszcze dobrze nie weszła już płacze. Dlaczego? Boi się? – nie, więc czemu? Spokojnie rozpoczynam zabieg. Dziewczyna jest skrępowana, staram się ją jakoś emocjonalnie wyluzować. Już wiem, że pól roku zbierała się aby do mnie zadzwonić, ale nie miała odwagi. Po drodze była depresja – niby się z nią uporała. Powód ? Właściwie nie wiadomo. Udane małżeństwo, 6-letni synek. Wszystko niby dobrze – tyle, że nie do końca z nią choć medycznie wyniki są w normie. Stopy – ciasto. Bardzo bolesne ciasto, zupełnie bez sił.

Z każdym zabiegiem dziewczyna się rozkręca, robi w domu to co zalecam, bólu pomaleńku ubywa. Po trzecim zabiegu mnie obcałowuje, po czwartym wychodzi uśmiechnięta. Kolejny raz przyjeżdża z mężem i synem. Mąż twierdzi, że żona w tej chwili funkcjonuje świetnie, dużo lepiej niż przed zabiegami. Ale ona wie, że to jeszcze nie koniec.

W stopach wciąż jeszcze jest sporo bólu, ale ona nabrała już do mnie zaufania i powoli staje się jasne skąd to wszystko się bierze. A więc totalny brak akceptacji siebie, od wyglądu do przekonania, że nic jej się nie uda, że taka jestem nic nie warta. Naskładała sobie nie mało i trochę czasu zajęło mi poprostowanie tego i przestawienie schematu myślenia. Ale teraz twierdzi, że „pisze” tylko różowe scenariusze. Nie do końca w to wierzę, ale wiem że nie zapadnie się znów w czarną dziurę – a jak sobie nie radzi z sobą to dostaję sms-a „potrzebuję kopa”.

I ostatni już przykład – niestety nie tak optymistyczny. Kobieta lat 40. Stopy czyste, bez narośli ale jakby wszystkiego jest w nich za dużo. Kobieta chce schudnąć – to jest powód dla którego przyszła. Od razu mówię, że zabiegami jej wagi nie zdejmę. Stopy miękkie, bolesne rejony całego układu pokarmowego, rozrodczego, kręgosłup. Robię zabiegi, bólu ubywa a pani nieustająco gada lub czyta. Chętnie bierze zabiegi, czuje się po nich lepiej, ale nie obserwuję żywego zainteresowania ani wykonywania pracy zadanej na rękach.

A co mówi? Wie wszystko o wszystkich bliższych i dalszych znajomych, rodzicach kolegów syna, bliższej i dalszej rodzinie. Wszyscy ci ludzie mają wspólny mianownik – są nie tacy jacy powinni być, postępują niewłaściwie. Zalet nie mają – same wady. Znam ją już kilka lat, zabiegi przeprowadzałam mniej więcej dwa razy do roku serie po 10-12 zabiegów. I tym razem to ja stoję przed problemem – bo co trochę doprowadzę to ciało do jakiego-takiego balansu, bólu ubędzie, samopoczucie się polepszy to po przerwie jest gorzej i przybywa miejsc bolesnych na stopach. A pani jest coraz bardziej skłócona z całym światem. Aktualnie – od sierpnia ubr. Pani ma zdiagnozowaną endometria.

Mając na względzie tak długotrwałe krwawienie zaproponowałam zabiegi minimum dwa razy w tygodniu oby możliwie jak najszybciej opanować sytuację. Niestety, ponieważ zaczęłam wymagać współpracy, a przestałam współczuć – od początku grudnia pani przestała się kontaktować. Cóż postawa: taka jestem w porządku, a reszta świata do eutanazji skutkuje m.in. takim stanem zdrowia.

Życie każdego człowieka to jego kreacja, jego wybory i decyzje. I czy tego chce czy nie – ponosi za nie odpowiedzialność. Od pacjenta oczekuję współpracy, zadaję pracę do domu i konsekwentnie przepytuję co udało się zrobić, o czym zapomnieli nad czym pracowali.

Tymi przykładami chciałam zwrócić uwagę na fakt, że człowiek to nie tylko fizyczne ciało. I nie popełniajmy błędu medycyny konwencjonalnej, która rozczłonkowała człowieka na poszczególne części jak śrubki w samochodzie. Pamiętajmy o tym, że każdy człowiek ma swoją historię, scenariusz na lepszy lub gorszy film. Film o jego cielesności ale i duchowości.

Dlaczego tak się w to zagłębiam? Otóż – jeśli początek nie domagań czy choroby lokujemy na poziomie mentalnym, emocjonalno-uczuciowym czyli na poziomie umysłu, to również w procesie zdrowienia powinien w sposób świadomy uczestniczyć.

Myślenie jest przeważnie „bezmyślno-życzeniowe”. Umacniając – poprzez wielokrotne powtarzanie i odpowiednio długo utartych negatywnych schematów myślowych doprowadzamy do osłabienia odporności, a stąd już do każdej choroby blisko. Dlatego uważam, że niektórymi ludżmi trzeba czasem „potrząsnąć”. Wytrącić ich z wyrobionych kolein, w których brną po pas, pokazać, że umysł może być sprzymierzeńcem w procesie powrotu do zdrowia.

Ciało ma swego cudownego wewnętrznego lekarza, ale umysł potrafi go skutecznie zablokować. Stąd sądzę, że pełna współpraca tzn. pobudzenie poprzez zabiegi wewnętrznego lekarza i wypracowanie nowego, uważnego myślenia może dać lepsze, szybsze i trwalsze efekty zdrowotne.

Chcę zwrócić uwagę, że „wywołując” stany emocjonalne, próbując coś odblokować nie kieruję się ciekawością i nigdy nie robię tego na siłę. Powiedzmy, że zadaję jakieś pytanie np. czy pan/pani lubi zmiany? Pacjenci odpowiadają lub nie. Nie wchodzę w kaloszach do cudzego życia intymnego. To nie jest moją rolą. Staram się jedynie poruszyć jakieś blokady, wpuścić trochę światła w tę mroczną stronę życia. Czasem jest to pytanie, czasem rozmowa a czasem książka „zadana” razem z pracą na dłoniach do odrobienia w domu.
Trzeba też mieć na uwadze fakt, że nigdy, przenigdy nie oceniam postępowania żadnej ze stron w opowieściach moich pacjentów. Nie używam też sformułowań typu: ja na pani/pana miejscu itp. Nie jestem na ich miejscu i absolutnie nic – łącznie z ich zaufaniem – do takiego stanowiska mnie nie upoważnia. Oczywiste jest, że tego typu „pogaduszki” nie dotyczą wszystkich pacjentów i każdego zabiegu. Ale przyznaję, że miło jest słyszeć gdy ktoś mówi, że czuję się lepiej, energii przybywa a ponadto – i tu cytuję: „odkrywa pani przede mną całkiem nowy świat, dlaczego ja o tym dowiaduję się tak póżno. Okazuje się, że wcale siebie nie znam”.

Efektywna praca na stopach przy pełnej współpracy pacjenta przekładają się na lepsze zdrowie i samopoczucie, lepsze relacje z otoczeniem no i budują również mnie.

3. O bólu mówi się i na kursie i na warsztatach.
Chcę jednak krótko, ale dobitnie podkreślić, że ilość, długość i siłę bólu reguluje pacjent. I nic tu nie ma do rzeczy przekonanie osoby robiącej zabieg, że pacjent ma wytrzymać i że to mu pomoże.

Mam pacjentkę, która w określonych miejscach na stopie wręcz „napiera” na mój kciuk. A moją uwagę, że przecież ją to naprawdę bardzo boli kwituje stwierdzeniem: „tak, ale to taki dobry ból, po którym jest mi dużo lepiej.

Poproszę o powtórkę”. Dobrze, proszę bardzo, ale to ona tego chce i wcale nie dotyczy wszystkich bolesnych miejsc na stopach. Natomiast w/g mnie niedopuszczalną jest praca bardzo mocna na bardzo bolesnych receptorach wbrew woli pacjenta. To miejsce można rozpracować bardzo starannie zajmując się nim nieco dłużej ale lżej. Efekt uzyskamy nie „rozbijając” po drodze pacjenta.

4. W czasie kiedy ja uczyłam się refleksologii – pobudki jakimi kierowali się współkursanci były, wydaje mi się, nieco inne. Ludzie szukali ratunku dla bliskich, dla siebie, innego sposobu na życie i raczej nie na pierwszym miejscu stawiali kwestie zarobkowe.

Wanda z Andrzejem doprowadzili do rejestracji zawodu refleksologia. Chwała im za to. Konsekwencją jest fakt, że wybieracie ten zawód jako sposób na zarobkowanie.

I nie ma w tym nic złego. Uczycie się na różnych kursach różnych terapii. I to też dobrze.
Jednak chciałabym zwrócić uwagę szczególnie tych młodych stażem refleksologów, że łączenie różnych terapii na zasadzie: na to pomaga to i jeszcze tamto, cały zabieg na stopach, a coś jeszcze kolejnego również może mieć bardzo dobry efekt. Może, ale wcale nie musi. W chęci pomocy ale i sprawdzenia siebie mieszacie różne terapie i techniki. A efekty takiego postępowania odczułam na sobie. Były zdecydowanie negatywne.

Więc nie negując waszych dobrych intencji pamiętajcie, że naprzeciwko was siedzi człowiek, za każdym razem inny człowiek. I jeden może po takich „eksperymentach” czuć się dobrze, a inny będzie płakał z bólu. Ciało ma swoje prawa i nadmierne – niespójne – obciążenie może dać efekty zupełnie niepożądane.

Wszystkim koleżankom i kolegom życzę efektywnej pracy na stopach i ogromnej, budującej satysfakcji z uzyskiwanych efektów.

A Wandzi powiem tylko: DZIĘKUJĘ, i wiem, że ona wie jak pojemne jest i co wyraża to słowo.

Refleksolog Dyplomowany
Krystyna Imiłkowska
Kwiecień 2015

 

© 2018 Refleksologia.com