A miały być zatoki

20 stycznia 2015

Ola, lat 63. Od wielu lat dokuczały zatoki. Ratowała się kroplami na obkurczenie śluzówki a niekiedy musiała wziąć antybiotyk. Cały czas była namawiana na operację ale się wzbraniała, odwlekała, nie chciała się poddać, odkładała na później i miała nadzieje, że może to nie będzie konieczne.

Gdy się urodziła, nie było jeszcze takiego dobrodziejstwa medycznego, jak teraz. Coś poszło nie tak i stawy biodrowe uformowały się niepoprawnie. Z biegiem lat trzeba było zrobić operacje. Później nadszedł czas na kolejne poprawienie Natury. Czekała jednak i z tym. Ból choć mocny, jeszcze dawał się zmniejszyć przy pomocy leków.

Ulubionym lekiem była zawsze aspiryna. Uwielbiała jej smak. Zażywała na ból stawów, na ból głowy, na ból zatok, na ból… na jakikolwiek ból. Często. A jak dłuższa jakaś przechadzka się szykowała, to na dzień przed zażywała mocniejsze przeciwbólowe. I wtedy dawała radę. Często też musiała sięgnąć do torebki po lek na zgagę czy nadkwasotę.

Spotkałyśmy się półtorej roku temu. Ktoś znajomy powiedział, że taki „masaż stóp” może być bardzo pomocny przy jej dolegliwościach. Wiec posłusznie zgłosiła się na zabiegi. Początki były męczące. Punkt po punkcie rozpracowywałam stopy regularnie raz w tygodniu. Profilaktycznie. Karnie. Nie wytrzymywała bowiem długo, wierciła się, nudziła strasznie i poganiała, żeby już szybciej skończyć. Nie mniej była konsekwentna.

Stopy sztywne, z ograniczonym zakresem ruchu w stawie skokowym, bolące przy każdym niewielkim odchyleniu od zwyczajnej dla nich pozycji. Halluksy zepchnęły wszystkie palce byle jak. Drugie palce obu stóp a zwłaszcza lewej były usztywnione, w stawie śródstopno – paliczkowym wcale nie dawały się poruszyć, sterczały jakoś tak niezgrabnie do góry i powodowały ostry ból przy próbie poruszania nimi. Na lewej stopie to prawie dotknąć nie można było – zaraz krzyk. Kolejne paluszki mocno ściśnięte ze sobą, podkurczone i skostniałe.

Ubiegłoroczną jesienią przeczytałam artykuł o zatokach i zaproponowałam zrobić zabiegi codziennie przez tydzień, jak napisane. Wiadomo, komuś pomogło w stanie ostrym. A tu wieloletnie złogi i jeszcze regularne palenie papierosów. Jednak umówiłyśmy się na eksperyment, by zobaczyć co się stanie. Musiałam tylko zapewnić, że będą wyłącznie same zatoki i nic więcej – żeby nie za długo, bo godzinę dziennie nie wytrzyma. Zgodziła się.

Wracając z pracy lub tuż przed zajeżdżałam na chwilę do jej domu. Tylko zatoki. Same zatoki i paluszki, przecież są blisko. Zatoki z paluszkami i może nadnercza – regulują stan zapalny organizmu. I nerki dla polepszenia filtracji krwi. No i jeszcze płuca przy okazji. Bo układ oddechowy obciążony po wielu latach palenia. A jak biodra nie zrobić, skoro już jestem?! Kręciłam też przy okazji paluszkami w różne strony. Bolało. Pokrzykiwała na mnie, że miały być tylko zatoki. A tu się pastwię nad nią tak długo!

Od 15 października zrobiłam 3 pełne i 9 dodatkowych zabiegów, w całym listopadzie nieco rzadziej 5 pełnych i 5 dodatkowych, w grudniu 3 pełne i 2 dodatkowe, i od drugiej połowy znowu regularnie co tydzień. W sumie 2 miesiące zmienionej, intensywnej i stopniowo co raz rzadszej pracy.
Po ponad rocznej pracy profilaktycznej, czy jak kto woli – regularnej.

Kiedy nastąpiły zauważalne zmiany? Teraz już mam trudności z przypomnieniem. Na pewno jeszcze sporo przed świętami… Pewnego dnia w trakcie zabiegu jak nie zakrzyczy – „Patrz!!!” I nogę mi wyrwała. I nią macha. Patrzę na stopę, na palce – nie mogę pojąć, o co chodzi!? „Patrz na palce! Prawie proste! A przecież nieruchome były. Myślałam, że to taka moja uroda…”

I ten drugi palec lewej stopy w pewnym momencie nagle uginać się zaczął. Aż się zlękłam, że złamałam. Uginać się nie tak całkiem, oczywiście. Ale już nie sterczy dziwolągiem. „A jakie duże kółka nim zataczam! I nie boli tak mocno, jak na początku.” Na prawej stopie w porównaniu z lewym ten drugi jakoś dziwnie teraz wygląda. Aż się wspólnie zastanawiamy, czy nam obu strony nie pomyliły się. Jednak nie. Paluszki rozłożyły się swobodniej i halluksy wydają się być sporo mniejsze. „Poduszeczki” pod kostkami na receptorze bioder zawsze były mocno bolesne. I dalej są tkliwe, ale już zdecydowanie mniej i znacznie się zmniejszyły. Nawet sama się dziwię ostatnio, że gadamy, ja cisnę, a tu cisza. Pytam czy boli? „No czuję, ale nie piszczę. Ciśnij!”

A od lat ulubionym lekiem była aspiryna. Pyszna! I zażywała ją na każdy ból. Często. A przed dłuższą przechadzką coś mocniejszego. I regularnie specyfiki na nadkwasotę. A teraz? Szuka tych leków po torebce. Szuka dla koleżanki. Gdzieś tu były kiedyś. Aha, są. Nie może przypomnieć, kiedy ostatni raz kupowała. Uświadamiają sobie razem, że właściwie już dawno nie skarżyła się w pracy na ból głowy. A na biodro zażywa sporadycznie. I przeziębienie ją omija. Wszyscy naokoło kichają i próbują przetrwać zimę kto jak może. Ale nie Ola. Jeśli w ogóle coś „brać” zaczyna, napije się na noc herbaty, witaminy C zażyje, trochę więcej odeśpi i znowu jakby nigdy nic… Lek na zgagę zatarł się w torebce, opakowanie pogniecione, wyświechtane…

Kiedy coś boli, mamy tego świadomość. Męczy nas to. Dudni. Wali. Manifestuje na wszelkie sposoby. A opuszcza ból ciało cicho, chyłkiem, niezauważalnie. Przestaje być. Nagle zdajemy sobie sprawę, że kiedyś się chorowało. I nie możemy sobie przypomnieć dokładnego czasu, kiedy to było ostatni raz… Zdrowie bowiem jest stanem naturalnym dla ciała i kiedy człowiekowi nic nie dolega, ciało nie wysyła żadnych sygnałów. Nie zdajemy sobie sprawy z poprawy zdrowia. Nie zauważamy tego.

W dawnych Chinach lekarz rodzinny był opłacany dopóty, gdy ktoś z domowników nie zaczynał chorować. Wtedy takiego lekarza goniono! Płacono bowiem za zachowanie zdrowia a nie wynajdywanie i leczenie chorób. Osoby, korzystające regularnie z zabiegów refleksologii nie mają wiele do powiedzenia. Po prostu nic się u nich nie dzieje. Nawet zaczynają wówczas się zastanawiać po co korzystają z tych zabiegów. Przecież nic im nie dolega…

Co jednak z zatokami, od których zaczęła się intensywna kuracja jesienna?
A czy to ważne w świetle innych zmian?.. To ciało pacjenta ostatecznie decyduje, gdzie i co usprawnia. Może w stanie ostrym, u osoby niepalącej można by było zauważyć natychmiastową zdecydowaną poprawę. Widocznie tu były sprawy ważniejsze od zatok. Obie akceptujemy to z pokorą. Na receptorze zastawki krętniczo – kątniczej zrobiło się coś twardego – jakby kość urosła i boli. Czyżby teraz i na zatoki przyszedł czas? Spotykamy się dalej. Regularnie. Już się tak nie niecierpliwi. Zdarza się, że leży przez chwilę spokojnie w zamyśleniu, jakby w sen była gotowa zapaść. Spokojnie wytrzymuje godzinę a nawet z ogonkiem. Chociaż po tych częstych spotkaniach pojawiło się uczucie, że tu nie ma co robić przez całą godzinę – jakby stopy same mówiły, że wystarczy krócej. Słuchamy więc teraz wspólnie mowy stóp i podpowiedzi płynących z ciała. To jest najistotniejsze.
I uważnie oczekujemy kolejnych zmian.

Olga – Szczecin
Styczeń 2015
© 2018 Refleksologia.com